Rocznica katastrofy wycieczkowca Costa Concordia u wybrzeży włoskiej wyspy Giglio w Toskanii.

·

żaglowiec ikona

13 stycznia 2012 roku ogromny wycieczkowiec Costa Concordia z ponad 4300 osobami z 54 krajów na pokładzie, będąc w rejsie po Morzu Śródziemnym, podpłynął do wyspy w Toskanii, zbaczając ze standardowego kursu, by wykonać stosowany tam gest, określany mianem „pokłon”, czyli pozdrowienie malowniczego miejsca, uważanego za perłę w tym rejonie. Statek długości 290 metrów zbliżając się do wyspy, uderzył w skałę morską. Każdego roku rocznica katastrofy wycieczkowca Costa Concordia jest upamiętniana na wyspie Isola del Giglio, odbywają się oficjalne uroczystości oddania hołdu 32 ofiarom katastrofy.

Tragedia Costa Concordia: Gdy pycha kapitana Schettino zderzyła się z granitem

13 stycznia 2012 roku miał być dla ponad 4000 osób początkiem luksusowej przygody na Morzu Śródziemnym. Zamiast tego stał się datą jednej z najbardziej haniebnych katastrof w historii współczesnej żeglugi. Costa Concordia, flagowy statek linii Costa Crociere, nie był zwykłym wycieczkowcem – to był pływający pałac o długości 290 metrów, symbol włoskiej elegancji i nowoczesnej inżynierii. Nikt nie przypuszczał, że ta potężna konstrukcja ulegnie destrukcji w wyniku serii niemal niewyobrażalnych błędów człowieka a 13 stycznia stanie cię coroczną rocznicą katastrofy wycieczkowca Costa Concordia.

Fatalny „ukłon” Costa Concordia i uderzenie w podwodne skały Le Scole

Krytyczny moment nastąpił o godzinie 21:45 w pobliżu toskańskiej wyspy Isola del Giglio. Kapitan Francesco Schettino zdecydował się na wykonanie tzw. inchino – widowiskowego przypłynięcia blisko brzegu, by „ukłonić się” mieszkańcom i uhonorować emerytowanego kapitana Mario Palombo. To czysta kurtuazja i brawura wygrały z procedurami bezpieczeństwa.

W kadłubie powstała 70-metrowa wyrwa, przez którą z ogromną siłą zaczęła wlewać się woda. Statek uderzył w podwodne skały Le Scole, które dosłownie rozpłatały poszycie lewej burty. W ciągu kilku minut zalane zostały przedziały maszynowe, co doprowadziło do całkowitej utraty zasilania. Potężny wycieczkowiec stał się ciemną, dryfującą pułapką.

Teatr kłamstw i „Vada a bordo, cazzo!”

To, co działo się w kolejnych godzinach, było dramatycznym pokazem niekompetencji i tchórzostwa. Kapitan Francesco Schettino początkowo starał się ukryć skalę katastrofy, bagatelizując ją w komunikatach do kapitanatu portu w Livorno. Twierdził, że doszło jedynie do awarii elektryczności, podczas gdy poziom wody wewnątrz jednostki osiągał już krytyczne wartości. Chaos na pokładzie opóźnił rozpoczęcie ewakuacji o ponad godzinę – czas, który dla wielu okazał się bezcenny.

Wstrząsającym symbolem upadku etosu kapitana stał się moment, w którym Schettino opuścił pokład, podczas gdy setki pasażerów wciąż walczyły o życie w przechylonym kadłubie. To wtedy padły legendarne już słowa komandora Gregorio De Falco z biura straży przybrzeżnej, który przez radio grzmiał do uciekającego kapitana: „Vada a bordo, cazzo!” (Wracaj na pokład, do cholery!). Schettino jednak na statek nie wrócił, tłumacząc później kuriozalnie, że „potknął się i wpadł do szalupy ratunkowej”.

Bilans ofiar Costa Concordia i inżynieryjne wyzwanie

W katastrofie zginęły 32 osoby. Ofiary to nie tylko pasażerowie, ale i członkowie załogi, tacy jak węgierski skrzypek Sándor Fehér, który pomagał dzieciom założyć kamizelki ratunkowe, czy Giuseppe Girolamo, który oddał swoje miejsce w szalupie innemu pasażerowi.

Wrak Costa Concordii osiadł na podwodnej półce skalnej, przechylony pod kątem 70 stopni. Jego usunięcie stało się największą i najdroższą operacją logistyczną w historii ratownictwa morskiego. Pod kierownictwem Nicka Sloane’a, południowoafrykańskiego eksperta od ratownictwa, przeprowadzono tzw. parbuckling – pionizację giganta a następnie przetransportowano go do Genui w celu zezłomowania. Całość operacji kosztowała ponad 1,2 miliarda euro – znacznie więcej niż budowa samego statku.

Sprawiedliwość i lekcje z Costa Concordia na przyszłość

Proces Francesco Schettino trwał kilka lat i obnażył nie tylko jego błędy, ale i obecność na mostku kapitańskim osób nieuprawnionych, w tym mołdawskiej tancerki Domnicy Cemortan. W 2017 roku włoski Sąd Kasacyjny ostatecznie utrzymał wyrok 16 lat i jednego miesiąca pozbawienia wolności dla kapitana. Został skazany za nieumyślne spowodowanie zabójstwa wielu osób, doprowadzenie do katastrofy morskiej oraz – co w kodeksie honorowym ludzi morza jest najcięższą zbrodnią – przedwczesne opuszczenie statku.

Tragedia Costa Concordia wymusiła zaostrzenie przepisów bezpieczeństwa na morzu. Dziś obowiązkowe szkolenia ratunkowe dla pasażerów muszą odbywać się jeszcze przed wypłynięciem z portu a systemy monitorowania trasy statku są znacznie bardziej rygorystyczne. Pozostaje jednak gorzka refleksja, że nawet najdoskonalsza technologia nie jest w stanie ochronić nas przed arogancją jednego człowieka.

zdjęcia: PAP